W sprawie klimatu lepiej się wkurzyć niż bać

Jedyną rzeczą, której naprawdę powinniśmy się obawiać, jest sam strach. Franklin Roosevelt

Od kilkunastu miesięcy, przeglądając media, szczególnie społecznościowe, gdzie można wsłuchać się w spontaniczne manifestacje emocji, czujemy się jak na planie filmu katastroficznego. A to dlatego, że coraz więcej ludzi zdaje się miotać i krzyczeć: „To już koniec! Znikąd nadziei! Wszyscy zginiemy!”. Gdyby ktoś trzeźwo myślący chciał uzyskać praktyczne wskazówki, co i jak ma robić, konkretnie, dziś i tutaj, żeby przyczynić się do rozbrojenia tykającej bomby klimatycznej, to niestety czekałoby go głębokie rozczarowanie. Media huczą na temat nieuniknionej zagłady, wskazują palcem winnych (w tym dyrektorów najbardziej „podgrzewających” atmosferę ziemską koncernów), mówią „oni”, „zawsze”, „nigdy”, ale konkretów ze świecą szukać. Bo trudno uznać za konkretne i praktyczne postulaty typu „zredukujmy emisję gazów cieplarnianych do 2050 roku” albo „konsumujmy świadomie i żyjmy ekologicznie”, w dodatku zaraz i natychmiast. Nawet całkiem mądry i oczytany człowiek poczuje wobec takich wskazówek bezradność i prędzej wyprze, niźli w tym poczuciu bezradności pozostanie. Tak działa nasza psychika.

Nie chcę, żebyście wpadali w panikę

Kiedy Greta Thunberg wzywała dorosłych: „Chcę, żebyście wpadli w panikę”, z całą sympatią i podziwem dla tej niestrudzonej aktywistki, która poruszyła świadomość milionów młodych ludzi (i chwała jej za to!), pomyślałam, że choć to przesłanie jest z gruntu słuszne i bazuje na mocnej naukowej podstawie, to jednak nie trafi do tych, do których najpilniej trafić powinno: do tych, którzy nie wierzą w globalne ocieplenie lub też wyparli myśl o zagrożeniu. Nie przekona nieprzekonanych i nie skłoni do działania tych, którzy nie chcą wierzyć w jego konieczność. A to tych ludzi najbardziej potrzeba pozyskać dla sprawy, i to szybko.

Zostawmy na boku temat odwiecznej potrzeby dowartościowywania się kosztem innych poprzez oskarżanie i szukanie winnych („Ja się przejmuję klimatem, a oni nie. To przez nich zginiemy”). Zajmijmy się może próbą odpowiedzi na pytanie, jak mówić o katastrofie klimatycznej, żeby masowo porwać ludzi do działania (dla jasności: bieganie z błędnym wzrokiem, krzycząc „jesteśmy zgubieni!”, działaniem nie jest i klimatu nie uratuje), czego domagać się od naukowców, mediów, a przede wszystkim od polityków.

Fot. Thomas Richter on Unsplash

W latach 90. XX wieku pewne kanadyjskie stowarzyszenie pomocy humanitarnej wysłało ponad 45 tysięcy listów wzywających do wpłacania pieniędzy na fundusz pomocy dzieciom w Afryce. Akcja posłużyła również do zbadania sposobów reagowania ludzi w zależności od formy wiadomości. Wysłano trzy ich rodzaje: pierwszy zawierał zdjęcie uśmiechniętego, zdrowo wyglądającego, czarnoskórego dziecka; drugi składał się z samego tekstu; trzeci zaś również zawierał fotografię czarnoskórego dziecka, ale wychudzonego i chorego. Okazało się, że najmniej wpłat przyszło od osób, które otrzymały trzeci typ listu, niewiele więcej od osób, które w skrzynce znalazły wiadomość wyłącznie tekstową, zaś zdecydowanie najwięcej wpłat przyszło od osób, do których wysłano zdjęcie uśmiechniętego brzdąca. Okazało się, że ludzie chętniej sięgali do portfela, gdy mogli sobie zwizualizować, dzięki fotografii, pozytywny skutek swojego działania. Poczuli, że mają wpływ na przedstawioną sytuację, posiadają środki, by ten wpływ wywrzeć i z łatwością wyobrazili sobie, jakie dobro mogą dzięki temu wnieść do życia afrykańskich dzieci. Wynik tego badania wcale nie jest intuicyjny. Większość z nas byłaby raczej zdania, że bardziej zmobilizuje epatowanie dramatem, pokazywanie strasznych obrazów nędzy i rysowanie wizji katastrofy humanitarnej. Okazuje się jednak, że jest to metoda nieskuteczna, gdy zależy nam na zachęceniu do działania. Dlaczego? Dlatego, że działa u nas bardzo silny mechanizm obronny przed zbyt trudnymi emocjami. List z koszmarnym zdjęciem wychudzonego dziecka obejrzymy ze zgrozą, ale podświadomie zrobimy wszystko, żeby do niego nie wracać. Włożymy pod stertę korespondencji, zgubimy albo czym prędzej wyrzucimy. Im większy rozmiar dramatu, tym szybciej emocje nas przerastają i tym łatwiej następuje wyparcie. Nie ma się co obrażać na ten mechanizm – po prostu tak jest i trzeba to wziąć pod uwagę.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że jest to konkretny przypadek pewnego ogólnego zjawiska, które psycholodzy nazywają „odpowiedzią na sytuację stresową”. Strach należy do podstawowej grupy tzw. stresorów, czyli zjawisk, które stają się przyczyną reakcji stresowej dotykającej i nasze ciało, i umysł. Problem nie w tym, że w ogóle jesteśmy poddani działaniu najróżniejszego rodzaju stresorów – na tym polega natura naszego życia jak takiego – lecz w tym, gdy odpowiedź na stresor jest zbyt silna. Wtedy zamiast mobilizować się do działania (tzw. pozytywna reakcja na stres), stajemy się niezdolni do czegokolwiek. Górę bierze poczucie przytłoczenia, niemożności znalezienia rozwiązania i braku wpływu na otoczenie. Morał z tego jest następujący: jeśli chcesz, by ktoś ruszył do działania, postrasz go tylko trochę. Epatowanie zdjęciami umierających dzieci znacznie przekracza to „trochę”.

Nie taki optymizm straszny

Liczne badania psychologiczne pokazują, że im bardziej człowiek jest wyeksponowany na alarmujące czy wręcz pesymistyczne komunikaty, tym mniej będzie skłonny do podjęcia działania na rzecz danej sprawy. Dramatyczny ton informacji o katastrofie klimatycznej rzeczywiście pomoże przyciągnąć uwagę odbiorców, ale zbyt częste powtarzanie jej na dłuższą metę ma niestety skutek odwrotny do zamierzonego, gdyż wywoła poczucie bezsilności, wpędzając człowieka w zupełną inercję.

Lekarstwem jest optymizm. Nie utrzymywanie się w przekonaniu, że mogę nic nie robić, a i tak wszystko się dobrze skończy. To jest nie tyle optymizm, co głupota, szczególnie w obliczu niezliczonych dowodów naukowych na to, że Ameryka Północna, Europa i uprzemysłowione kraje Azji nakręcają na wielką skalę i w zastraszającym tempie ocieplanie się klimatu. Mądry optymizm polega na wierze w to, że mam siłę sprawczą i mogę wpłynąć na sytuację, którą znam i rozumiem. Jacques Lecomte (psycholog badający takie zagadnienia jak altruizm, dobro w człowieku, empatia i życzliwość, autor wielu książek, wykładowca na dwóch paryskich uniwersytetach) ukuł termin: „optyrealizm” (fr. „optiréalisme”). „Prawdziwy optymizm potrzebuje realizmu, by nie popaść w iluzje, zaś najwłaściwszą formą realizmu w praktyce jest optymizm aktywny” (Le monde va beaucoup mieux que vous ne le croyez, Les Arènes, Paryż 2016).

Żeby mógł zaistnieć optymizm, potrzeba poczucia sensu i nadziei. Dzięki nim niewidzący rozwiązań pesymizm ma szansę zmienić się w inspirujący do działania „optyrealizm”.

fot. Louis Maniquet on Unsplash

Nie warto słuchać wieszczących nieszczęście

Greta Thunberg jest posłańcem złych wiadomości, które skutecznie wytrąciły z letargu wielu młodszych i starszych ludzi.

Nie warto jednak ślepo ufać zastępom czarnowidzących proroków, których tak wielu pojawiło się ostatnio w mediach wszelkiej maści. Nie dlatego, że nie mówią prawdy, ale dlatego, że nie zawsze ich intencją jest porwanie ludzi do działania na rzecz klimatu, jak w przypadku Grety. A jeśli nawet tego właśnie pragną, to zabierają się do tego bardzo źle.

Z trzech powodów.

Po pierwsze, często wprowadzają nas w błąd. Im bardziej katastroficzna wizja, tym więcej emocji i wybiórczego dobierania propagowanych informacji. Znamy jaskrawy przypadek przepowiadanej w latach 70. XX wieku katastrofy demograficznej, opartej na danych naukowych, ale dobranych w taki sposób, by pasowały do stawianej tezy.

Po drugie, taki przekaz demobilizuje dużo częściej niż mobilizuje. Jest zwyczajnie nieskuteczny.

Po trzecie, snucie katastroficznych wizji skłania ludzi do myślenia o śmierci, a to, jak pokazują liczne badania, sprawia, że dużo łatwiej godzą się oni na rządy autorytarne i poddają władzy rozmaitych reżimów. Strach jest bowiem potężnym narzędziem w rękach polityków. Może to być strach przed biedą, przed obcymi, przed bombą atomową, terroryzmem, to czemu nie przed katastrofą klimatyczną? Strach popchnął ludzi do poddania się reżimowi Hitlera (ba! Wybrania go w demokratycznych wyborach!), strach uratował poparcie polityczne Georga W. Busha po atakach na WTC w 2001 roku, utrzymuje aktualnie przy władzy rządy licznych krajów. Kto wie, być może grozi nam w przyszłości światowy reżim uzurpujący sobie prawo do ubezwłasnowolnienia ludzi dla ratowania klimatu? Niestety prognozy dla populacji zniewolonych przez taki reżim nie są optymistyczne: wszystkie poprzednie takie rządy używały zagrożeń, czasem realnych, wyłącznie do zdobycia władzy, nie do oddalenia zagrożenia.

Ciekawe jest to, że zjawiska autorytaryzmu, dobrowolnego rezygnowania z wolności osobistej na rzecz władzy centralnej oraz wykorzystywania strachu (zwłaszcza o własne życie) w socjotechnice i marketingu politycznym są nam doskonale znane i doczekały się sporej liczby badań na gruncie psychologii społecznej. Wystarczy wspomnieć słynny eksperyment Stanleya Milgrama z 1961 roku (badano zjawisko posłuszeństwa wobec autorytetów)  czy klasyczną analizę totalitaryzmu Ericha Fromma „Ucieczka od wolności”. Za każdym razem dochodzono do podobnych wniosków: jeśli uznasz, że znajdujesz się w sytuacji bez wyjścia, czyli takiej, która zagraża twojemu bezpieczeństwu i życiu, masz silną skłonność podporządkowywania się tej jednostce/władzy, która będzie w stanie cię przekonać (i to już wystarczy; nie potrzebuje do tego żadnych niezbitych dowodów), że ma środki, by cię od tego zagrożenia wybawić.

Powiedz mi lepiej, ile mam zasadzić drzew

Żeby rozpoznać takiego proroka-pesymistę, wystarczy zbadać, czy podaje on fakty rzetelnie, a nie wybiórczo. Taki prorok nigdy nie mówi o pozytywnych aspektach danego tematu i o rozwiązaniach, a negatywne eksponuje w taki sposób, żeby pasowały do stawianej przez niego tezy. Na przykład będzie mówił o wyginięciu danego gatunku ptaka, ale przemilczy, że chodzi o wyginięcie na pewnym ograniczonym obszarze danego kraju. Będzie głosił, że dana rzeka jest bardzo zanieczyszczona, ale nie doda, że jej zanieczyszczenie zmniejszyło się trzykrotnie w ostatnim dziesięcioleciu. Poda zatrważające dane o znikaniu lasów deszczowych, ale nie powie, że gdyby, na przykład, każda gmina zasadziła jutro tysiąc drzew, to skompensowałoby to wycinkę Amazonii. To tylko wymyślony przykład, ale faktycznie, według grupy optymistycznie nastawionych naukowców masowe sadzenie drzew bardzo by pomogło. Na tym przykładzie łatwo pokazać, czym jest konkret. Gdyby masowe sadzenie drzew mogło spowolnić ocieplanie się klimatu, to koniecznie potrzebujemy informacji, ile, na jakim obszarze i jakich gatunków drzew. Ta informacja pozwoli domagać się od władz lokalnych, rządów i instytucji międzynarodowych bardzo konkretnych działań i środków potrzebnych do ich zrealizowania.

Od naukowców potrzebujemy konkretnych rozwiązań, podanych w sposób, który pozwoli lokalnie łatwo wdrożyć je w życie. Od mediów potrzebujemy, by nam te informacje przekazywały w sposób dający poczucie sprawstwa (bez tego szybko zmienimy się w stado lemingów rzucających się bezmyślnie w ocean konsumpcji – badania pokazują, że gdy podsyca się w ludziach myślenie o śmierci, ich konsumpcja wzrasta, mają większą skłonność do kupowania przedmiotów luksusowych i sprawiania sobie wszelkiej przyjemności wedle zasady „po nas już choćby potop”), od polityków zaś, by z zastosowania tych rozwiązań uczynili swój priorytet. Oczywiście od wyborców należy oczekiwać, że wybiorą polityków, którzy będą chcieli tak działać, zamiast usypiać czujność i hołubić wzrost gospodarczy.

Fot. Jakub Gorajek on Unsplash

Chcę, żebyście się wkurzyli

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (opublikowanym 29 czerwca) Jonathan Franzen (amerykański pisarz i eseista, ekolog, z zamiłowania ornitolog) mówi między innymi o tym, co dla niego w praktyce oznacza „optyrealizm”:  „Warto się nie bać stanąć z prawdą oko w oko. Ja dokonałem własnych obliczeń: żyję w stosunkowo małym domu, jeżdżę hybrydą, zużywam mało prądu jak na zamożnego Amerykanina, który pisze dla Hollywoodu. (…) Proponuję małe kroczki, np. stalowy kubek, do którego można poprosić o kawę w Starbucksie. Czyste sumienie jest tu niemożliwe, ale… Uważam, że globalny dyskurs w sprawie zmian klimatu jest błędnie zorientowany na poczucie winy. Bo to nie jest użyteczna emocja. Od co najmniej 30 lat ruch ekologiczny próbuje wywoływać wyrzuty sumienia, a niewiele się zmienia. Już nawet gniew jest skuteczniejszy – przynajmniej wyprowadza ludzi na ulice, gdzie mogą się policzyć, jak Extinction Rebellion w Anglii czy Fridays for Future w Niemczech. (…) Mój postulat jako ekologa jest taki: jak już uwolnimy się od szkodliwej iluzji, że uratujemy świat taki, jakim go zastaliśmy, skupmy się na rozsądnym decydowaniu, co można jeszcze skutecznie ocalić w jakiejś sensownie zmienionej postaci”.

Jeśli wsłuchać się w głos naukowców i merytorycznie wypowiadających się ekologów, to wygląda na to, że świat żarłocznego „homo konsumpcjonis” doprowadził do reakcji łańcuchowej zmian, których nie da się już odwrócić. Świat, jaki znamy, beztrosko zamiatający wszystkie swoje śmieci pod dywan, bazujący na produkcji i kupowaniu, skończył się bezpowrotnie. To, co jest jeszcze w naszym zasięgu, to spowolnienie niektórych procesów negatywnie wpływających na nasz ekosystem i zapobieżenie innym, które pojawią się, jeśli nie podejmiemy energicznych i masowych działań. Najważniejszym jest kategoryczne żądanie odwrotu od polityki opartej na takich „wartościach” jak wzrost gospodarczy, wyścig szczurów i bogacenie się, na rzecz zwrócenia się ku wartościom związanym z dobrostanem i zdrowiem ekosystemu, w jakim żyjemy.

Każdy z nas  potrzebuje również dokonać w sobie równie wielką, wewnętrzną rewolucję, żeby znaleźć inne metody odczuwania szczęścia w życiu, niż kupowanie i realizowanie marzeń o luksusie. Dobra wiadomość jest taka, że jeśli zaczniemy czerpać chęć do życia i uczucie szczęścia z: relacji z innymi ludźmi, obcowania z przyrodą, z zachowań altruistycznych, z budowania wspólnoty i – oby! – ze wspólnego sukcesu w tworzeniu jakiegoś sensownego nowego porządku, to nie dość, że znacząco zmniejszymy swój ślad węglowy, to jeszcze zyskamy odnawialne źródło osobistego szczęścia.

Fot. Jakob Owens on Unsplash

Autorzy

Wojciech Zacharek , psycholog
Blanka Łyszkowska
właścicielka wydawnictwa CoJaNaTo

Źródła:

Dyck, E.J. & Coldevin, G. (1992), Using positive versus negative photographs for third-world fund raising, „Journalism Quarterly”, 69 (3), 572579.

Heszen, I. & Sęk H. (2007), Psychologia zdrowia, Warszawa: PWN.

Kasser, T. & Sheldon, K.M. (2000), Of wealth and death: Materialism, mortality salience, and consumption behavior, „Psychological Science”, 11 (4), 352–355.

Ladle, R.J. (2004), Ecological science reporting: Another victim of global warming?, „British Ecological Bulletin”, 35 (4), 12–13.

Lecomte J. (2009), Introduction a la psychologie positive, Paryż : Dunod.

Lecomte J. (2016), Le monde va beaucoup mieux que vous ne le croyez, Paryż : Les Arènes.

Mandel, N. & Heine, S.J. (1999), Terror management and marketing: He who dies with most toys wins, „Advances in Consumer Research”, 26 (1), 527–532.

O’Neil, S. & Nicholson-Cole, S. (2009), “Fear won’t do it”: promoting positive engagement with climate change through visual and iconic representations, „Science Communication”, 30, 355–379.

Weise, D. R, Pyszczynski, T., Cox, C.R., Arnd, J., Greenberg, J., Solomon, S. & Kosloff, S. (2008), Interpersonal politics: The role of terror management and attachment processes in shaping political preferences, „Psychological Science”, 19 (5), 448–455.