Smutne hormony

Historia z życia czytelniczki książki „Ciało kobiety, mądrość kobiety”, 37-letniej Barbary (z Warszawy)

„Po narodzinach drugiego dziecka moje małżeństwo zaczęło się rozpadać. Stało się jasne, że się rozstaniemy. Proces był długi i bolesny, a moje cierpienie psychiczne ogromne. Cały mój świat uległ gwałtownej dekonstrukcji: wiele głębokich przekonań i wartości, których wcześniej byłam pewna, okazało się złudzeniem. Znikło także moje poczucie ugruntowania i sensu w życiu, nie mówiąc już o poczuciu własnej wartości. Szczególnie jako kobiety. Zaczęłam widzieć siebie jako nieatrakcyjną, a także „nie do życia”; nabrałam przekonania, że już nigdy nie uda mi się stworzyć szczęśliwej relacji z mężczyzną. Do tego dochodził ogromny lęk o przyszłość, o to, jak sobie poradzę po rozwodzie, szczególnie że dzieci miały zostać ze mną.

W tym czasie mój cykl hormonalny rozregulował się zupełnie, aż do całkowitego zaniku miesiączki. Pojawiły się też inne alarmujące objawy. Poszłam do lekarza. Po wykonaniu badań hormonalnych i USG tenże oznajmił, że mam nadmiar hormonów męskich i silnie otorbielone jajniki. Pokazał mi zdjęcia: „O, widzi pani? Aż czarno od torbieli” i dodał, że jeśli tego nie opanujemy w jakimś rozsądnym czasie, trzeba będzie wszystko wyciąć, na wszelki wypadek, bo ryzyko nowotworu jest duże, a ja mam przecież małe dzieci. Przepisał mi leki hormonalne i pożegnał słowami: „Gdyby się pani zakochała, to by pani od razu przeszło”. Po trudnej do przełknięcia diagnozie to beztrosko wypowiedziane zdanie mnie poraziło. Oczywiście lekarz nie zapytał mnie, co się dzieje w moim życiu. Może gdyby wiedział, że borykam się z najtrudniejszym, po śmierci najbliższej osoby, doświadczeniem, nie pozwoliłby sobie na taki komentarz. Zresztą nie jest to takie pewne. W każdym razie wyszłam z gabinetu przybita. Lekarz do subtelnych nie należał, to fakt, ale jego słowa zaczęły we mnie pracować… a z perspektywy czasu jestem mu wręcz wdzięczna za jego nietaktowne zachowanie!

fot. Kelly Sikkema on unsplash

Pamiętam dokładnie, że tego samego wieczoru, leżąc w kąpieli i płacząc, poczułam, że muszę ratować siebie. Muszę ratować siebie! Muszę odpuścić, by pozwolić sobie żyć. Był koniec października. Trzeciego listopada poprosiłam męża o rozwód. Okazało się, że gdy ta prośba wybrzmiała, opadło napięcie między nami i dalszy proces rozstania przebiegł dużo łagodniej i spokojniej. Prawie harmonijnie. Zaakceptowałam fakt, że nasze piętnastoletnie małżeństwo dobiegło końca i że nie okazało się związkiem na całe życie, jak sobie to wcześniej wyobrażałam. Pozwoliłam życiu płynąć, nie blokując dłużej jego nurtu, nie próbując zmieniać jego kierunku. W tym czasie też odkryłam książkę „Ciało kobiety, mądrość kobiety”, którą pochłonęłam jednym tchem, a potem przestudiowałam uważnie, tym razem bardziej metodycznie. Zaczęłam zauważać i odczytywać komunikaty z ciała, a wręcz z nim rozmawiać. Rozmawiać ze sobą, z fizyczną częścią mnie. Nie przesadzę, jeśli powiem, że dzięki tej książce odzyskałam siebie.

Otworzyłam się też na nowe, na nieznane, na budowanie nowych wartości i nowych przekonań. Był to okres trudny, momentami przerażający – przecież straciłam niemal wszystkie punkty odniesienia, które wydawały mi się dotąd nie do ruszenia! Jednocześnie czułam, że będzie dobrze i że idę w dobrym kierunku. Powoli odzyskałam radość życia. I energię.

W miesiąc po tym, jak ostatecznie zdecydowałam się na rozwód, poznałam mężczyznę, który zakochał się we mnie od tak zwanego pierwszego wejrzenia, a którego entuzjazm odwzajemniłam z przyjemnością. Ten związek nie przetrwał długo, ale spełnił ważną rolę: był katalizatorem pozytywnych procesów w moim ciele i umyśle. Wróciła miesiączka i znikły wszystkie objawy rozchwiania hormonalnego. Dodam, że nie wykupiłam, a co za tym idzie – nie przyjęłam hormonów, które mi przepisano. Zachowałam to sobie jako ostateczność, w razie gdybym jednak potrzebowała takiej ingerencji. Czułam, że najpierw potrzebuję się zająć niefizycznymi przyczynami moich fizycznych problemów.

fot. Soroush Karimi on Unsplash

W lutym poszłam na kontrolne USG. Mój lekarz był na urlopie. Przyjęła mnie zastępująca go ginekolożka. Zbadała, obejrzała poprzednie zdjęcia, pokręciła głową, pocmokała i powiedziała: „Gdybym nie miała tego czarno na białym, nigdy bym nie uwierzyła, że to ta sama pacjentka. Mamy tu jeden pęcherzyk świadczący o owulacji. Wszystko jest OK”.

Wychodząc z gabinetu, opowiedziałam lekarce moją historię. Mam szczerą nadzieję, że coś wartościowego wniosła do jej pracy, na przykład zrozumienie, że subtelnie działający system hormonalny jest jak najczulszy barometr emocji, zranień i trudnych doświadczeń w życiu kobiety”.

fot. Priscilla du Preez on Unsplash

Z książki „Ciało kobiety, mądrość kobiety”

„Najwyraźniej macica, jajniki i piersi są również pod silnym wpływem tlenku azotu i wszystkich innych neurochemicznych odpowiedników myśli i emocji, w tym hormonów. Jajniki i nadnercza są podstawowymi miejscami produkcji hormonów. Wraz z macicą, pochwą i piersiami, one również mają receptory hormonów, dzięki czemu mogą otrzymywać wiadomości z mózgu, układu odpornościowego i innych narządów. Łatwo więc zrozumieć, że kiedy jesteśmy smutne, nasze kobiece narządy „czują się” smutne, a ich funkcje są upośledzone. Natomiast kiedy jesteśmy szczęśliwe, nasze żeńskie narządy reagują w naturalny i prawidłowy sposób.

Nasze myśli, emocje i mózg komunikują się bezpośrednio z układem odpornościowym, nerwowym i dokrewnym oraz z narządami ciała. Co więcej, chociaż te układy bada się i postrzega jako odrębne, w rzeczywistości są one elementami tego samego układu. Jeśli macica, jajniki, białe krwinki i serce produkują takie same związki chemiczne, jakie produkuje mózg podczas procesu myślenia, gdzie zatem w ciele jest umysł? Odpowiedź brzmi: umysł jest w całym ciele, a nawet poza ciałem. Mało tego, rozległe badania na temat modlitwy wskazują, że nasze umysły są nieumiejscowione i w dużej mierze wpływają na rzeczywistość poza ciałem”

(…) W momencie, gdy uznamy, że jesteśmy czymś więcej niż tylko intelektem, a przewodnictwo pochodzi z przenikającego cały wszechświat umysłu, uzyskamy dostęp do wewnętrznej zdolności uzdrawiania. Jak niegdyś powiedział William James: „Moc, która może poruszyć świat, tkwi w podświadomości”.