Dlaczego (nigdy) nie będę współpracować z Amazonem?

Jeff Bezos, aktualnie najbogatszy człowiek na świecie, zaczynał jako internetowy księgarz. Dlatego jego historia jest mi szczególnie bliska. Dziś Amazon nie jest już księgarnią, a gargantuicznym monstrum, które dysponuje zasobami finansowymi większymi od budżetu niejednego kraju. Jednak Bezos nie zawdzięcza swojej fortuny wyłącznie skutecznemu handlowi książkami. Grudzień to czas konsumpcji. W pełni świątecznego sezonu ogarnia nas gorączka zakupów, stres i frustracja wywołane ciągłym pośpiechem, a nastrój dodatkowo psują zimno i ciemność. Mamy mnóstwo do zrobienia i załatwienia, a tu jeszcze brakuje połowy prezentów. Żeby znaleźć, na przykład, tego konkretnego robota dla syna, w kolorze, jaki sprecyzował w liście do Świętego, trzeba by zatrudnić armię asystentów. Czas to najcenniejszy zasób – wszystkim nam boleśnie go brakuje. W takich chwilach możliwość zrobienia zakupów w internecie spada nam z nieba.

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle

Internet to cudowne narzędzie, krwiobieg i układ oddechowy współczesnego świata. Został stworzony dla celów obronno-strategicznych, ale rozwinęła go i upowszechniła w latach 80. i na początku 90. grupa geeków i naukowców – często zorientowanych lewicowo hippisów. Idee, jakie przyświecały tym początkom, przyprawiają dziś o wzruszenie: internet miał, jak sama nazwa wskazuje, łączyć ludzi; ułatwiać przepływ wiedzy i kreatywności z korzyścią dla wszystkich. Patrząc na to, jak sieć działa dziś, można czasem odnieść wrażenie, że coś poszło nie tak. Internet stał się raczej nową ziemią do skolonizowania, terenem podboju, zbudowanym przede wszystkim z pieniędzy, ale też ludzi i informacji o nich, ich kreatywności, pracy, zdrowia, przyjemności, edukacji, ich całego życia. W większej skali tworzą go zatem również społeczeństwa, państwa, gospodarki. Wczorajsi entuzjaści fenomenalnego narzędzia do zmiany świata na lepsze dziś kręcą głowami: „Jak to możliwe, że zamiast użyć internetu do rozmontowania systemu, hippisi poszli go sprzedać rekinom z Wall Street?”. Otwarcie internetu dla handlu i biznesu powinno znaleźć się w podręcznikach do historii jako data początku nowej ery, jak upadek Konstantynopola czy dopłynięcie Krzysztofa Kolumba do amerykańskiego wybrzeża…
Photo by NeONBRAND on Unsplash

A świstak siedzi i zawija…

Stalowoniebieski robot z żółtymi oczami oczywiście jest dostępny na Amazonie. Dzieli mnie od niego kilka kliknięć i rządek cyfr numeru karty kredytowej. Jest też sporo tańszy niż w dowolnym sklepie stacjonarnym czy internetowym, a w dodatku przesyłka będzie darmowa, jeśli zgodzę się na pakiet usług. „Skuteczny program lojalnościowy”, można pomyśleć. „A są tańsi na pewno dlatego, że skala wielka, automatyzacja, technologia, dobrze przemyślane procedury…”. Gdzieś czytaliśmy, że Amazon na całym świecie zatrudnia ponad 500 tysięcy osób (to więcej niż mieszkańców liczy Poznań), czyli daje chleb wielkiej rzeszy ludzi. Oczyma wyobraźni widzimy zadowolone z pracy młode osoby, uwijające się przy taśmie, po której wesoło suną pudła z prezentami dla naszych dzieci… Jeśli w ogóle zastanawiamy się nad tym, że za każdą paczką kryje się żywy człowiek. Często za całą refleksję wystarcza nam kojące poczucie, że przecież rynek epoki kapitalizmu to cudowne perpetuum mobile, stare jak świat, które dzięki magicznej formule równowagi zatroszczy się tak o inwestorów, jak i o pracowników pakujących, prowadząc ich wszystkich ku dobrobytowi. Przykro psuć ten idylliczny obraz, i to w okresie szału świątecznych zakupów, ale nie ma wyjścia. Oto kilka faktów. Po pierwsze, celem Amazona i szeregu firm działających według tego samego modelu nie jest generowanie dochodu. Jak to? A tak to: celem jest ciągły rozwój – wszystkie zarobione pieniądze wstrzykiwane są w powiększanie obszarów działania. W tej logice pracownik jest tylko kosztem, zupełnie jak maszyna czy narzędzie informatyczne. Nie jest współbeneficjentem zysku, którego przecież nie ma; nie może liczyć na to, że świetne wyniki firmy wpłyną na jego rozwój czy osobisty sukces. W krajach o liberalnym prawie pracy Amazon wynajmuje pracowników do konkretnego zadania przez aplikację w telefonie: kto pierwszy kliknie, ten ma dziś pracę, za którą dostanie wynagrodzenie i nic więcej. Niczego nie tworzy, w niczym nie uczestniczy. Dostaje miskę ryżu i siennik. Jeśli nie kliknie jutro – nie zje i nie będzie miał na czym spać. Pracując w ten sposób, nie wynajmie mieszkania, nie założy rodziny, nie podejmie żadnego zobowiązania finansowego, nie będzie miał emerytury ani zabezpieczenia socjalnego. I od rana do wieczora musi klikać w przycisk „refresh” w aplikacji Amazon Flex, bo głodnych ludzi, takich jak on, czekają setki. Warto zauważyć, że jeśli w Polsce czy innych krajach Europy Amazon nie mógł wprowadzić podobnego, nieludzkiego trybu zatrudniania, to tylko dlatego, że nie pozwalają mu na to miejscowe przepisy. Co tylko dowodzi, że ochrona prawna może być skuteczna, nawet wobec takiej potęgi.
Photo by Christian Wiediger on Unsplash

Problemy z krążeniem

Po drugie, model obiegu pieniądza praktykowany przez takie firmy jak Amazon jest skrajnie inny od tego, na którym opierała się nasza gospodarka do tej pory (hydraulik kupuje chleb, piekarz za te pieniądze kupuje synowi lekcje gitary, dzięki czemu nauczyciel gitary płaci hydraulikowi za naprawienie kranu; osoby oferują swoje usługi, bezpośrednio bądź online, a pieniądz krąży). Amazon działa zupełnie inaczej: brutalnie zmienia nurt tej rzeki, praktycznie zatrzymując krążenie pieniądza, a faktycznie odsysając go z rynku do jednego źródła: właściciela firmy i jego kolejnych pomysłów na rozwój.

Pańszczyzna ery high-tech

Po trzecie i chyba najważniejsze dla takich graczy rynkowych jak wydawnictwo CoJaNaTo, czyli małej firmy stawiającej na relacje i wzmacnianie więzi społecznych: Amazon jest bezkonkurencyjny cenowo, ponieważ jego celem nie jest zarabianie na sprzedaży. Jego celem jest kolonizacja rynku i podporządkowanie sobie wszystkich jego graczy, stanie się pośrednikiem w każdej transakcji handlowej na świecie, zostanie panem życia i śmierci wszystkich, którzy coś produkują i sprzedają albo oferują usługi, ale również faktycznym zarządcą wszystkich dziedzin życia jednostek. Na polskim rynku książki (przykład z terenu działania wydawnictwa CoJaNaTo) również widać tę strategię: niektóre firmy, głównie internetowe, działają na krawędzi rentowności, a czasem i poniżej, jeśli mogą sobie na to pozwolić. Dlaczego? Gdy wymiotą z rynku mniej odporną konkurencję i osiągną kluczową pozycję, będą mogły dyktować warunki. Sprzedawanie bez zysku lub ze stratą nie budzi niepokoju urzędów antymonopolowych, bo te interesują się tylko zbyt wysokimi cenami. A jednak obniżanie cen jako działanie strategiczne może prowadzić do niebezpiecznego wyniszczenia konkurencji i jednocześnie uzależnienia konsumentów. Oczywiście skala zjawiska w przypadku Amazona jest kosmiczna. I to dosłownie, bo Jeff Bezos ma obsesję na punkcie kolonizacji kosmosu. W projekt Blue Star wstrzykuje co roku miliard dolarów – czerpanych z tej puli, z której powinien łożyć na zabezpieczenie socjalne swoich pracowników lub wypuszczać pieniądze z powrotem w finansowy krwiobieg społeczny, by służyły nie tylko jemu.
Photo by Hello I’m Nik on Unsplash

Dane + technologia = dyskretna dyktatura

Prawdziwa potęga Amazona to usługi web, reklama i logistyka. Szczególnie zaś to pierwsze. Dane i ich przetwarzanie to najważniejsze narzędzie kolonizacji. Dzięki niemu Amazon powoli uzależnia od siebie kolejne obszary społeczne w kolejnych krajach. Narzekamy na Europę; wielu uważa, że jest ociężała, że nie nadąża za dynamicznym rozwojem świata, że jest zbyt socjalna, zbyt zakazująca. Jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, że Europa, jej poszczególne kraje i Unia Europejska, dość skutecznie, w porównaniu do krajów liberalnych, bronią swojego ekosystemu: relacji społecznych, środowiska naturalnego, praw człowieka (w tym pracownika) i warunków socjalnych bytu swoich obywateli. Jakość życia na naszym kontynencie opiera się w dużej mierze na powszechności i dostępności opieki zdrowotnej, edukacji, ochrony prawnej itd., a także na autonomiczności tych sfer od zewnętrznych wpływów. Oczywiście nie jest idealnie, ale jednak nasze standardy w tych dziedzinach są najwyższe na świecie. I warto ich bronić za wszelką cenę. W tym za cenę tempa przyrostu PKB… A jednak, pomimo bardzo ostrożnej i kontrolującej polityki Europy, stopniowo acz pewnie olbrzym połyka kolejne systemy i bazy danych kolejnych instytucji państwowych i społecznych również i na naszym kontynencie. Bo dzierży technologię, w którą inwestuje konsekwentnie pieniądze zarobione gdzie indziej. Technologia jest sexy, bo na przykład pozwala znacząco obniżyć koszt i usprawnić działanie całego systemu opieki zdrowotnej. Jeśli wprowadzenie danego narzędzia pozwala podnieść jakość usług zdrowotnych, jednocześnie obniżając ich koszt, to jak nie ulec jego urokowi? Tyle że wiąże się to z wpuszczeniem do krwiobiegu elementu, który co prawda usprawni organizm, ale go całkowicie uzależni, a także będzie miał swobodę prowadzenia własnej, dyskretnej działalności w ciemniejszych zakamarkach, na przykład wykorzystując ocean bezcennych danych dla własnych interesów. Ponoć już dziś jest to proste i niewykrywalne lub prawie niewykrywalne dla tych, którzy dzierżą technologię. Mariaż między organizmem danego państwa a potęgą technologiczną i finansową, w dodatku jawnie wyznającą skrajny libertarianizm, powinien budzić wątpliwości.
Photo by Tbel Abuseridze on Unsplash

Czy istnieje etyczny kapitalizm?

Człowiek potrzebuje wspierających, życzliwych relacji z innymi ludźmi, żeby zdrowo się rozwijać, być szczęśliwym i spełnionym. Co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. W każdym razie naukowcy od dawna już ich nie mają. Intuicja podpowiada natomiast, że skoro już nie żyjemy w stadzie, na drzewach czy w jaskini, to potrzebę tę realizujemy wszędzie tam, gdzie spotykamy drugiego człowieka. Potrzebujemy być z innymi, wnosić do ich życia coś dobrego i brać od innych coś dobrego. Jak tlenu potrzebujemy wzajemności i poczucia sensu w relacjach. Taka wymiana, na ludzkim poziomie, powinna odbywać się również wtedy, gdy coś kupujemy czy sprzedajemy. Nie byłoby jednak rozsądnym ograniczać się wyłącznie do osobistego kontaktu ze sprzedającym. Oczywiście nic nie zastąpi zakupów na dzielnicowym bazarku czy u miejscowego rękodzielnika. Lokalne więzi wzmacniają nasze poczucie bezpieczeństwa i przynależności, pozwalają nam najskuteczniej wspierać członków naszej najbliższej społeczności (hydraulik – piekarz – nauczyciel muzyki itd.). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by wymianę odbywającą się za pośrednictwem internetu postrzegać jako wspieranie nieco dalszych członków społeczności, bo przecież tworzymy takową jako naród. Ważne jednak, by robiąc zakupy w internecie, zadawać sobie za każdym razem pytanie: Czy wiem, do kogo popłynie mój pieniądz? Do konkretnej osoby, a może do średniej firmy czy nawet dużej, ale praktykującej sprawiedliwą politykę zatrudnienia i redystrybucji zysków? Internet to cudowne narzędzie i zawsze możemy korzystać z niego świadomie, nie kierując się wyłącznie ceną. Internet roi się od naprawdę etycznych serwisów, gdzie każdy może sprzedawać swoje produkty, a także etycznych firm logistycznych, szanujących wartości społeczne i prawa pracownika. Możemy wybrać, gdzie kupimy ten czy inny prezent. No i, tak na marginesie, nie musimy wcale kupować robota z akurat żółtymi oczami. Dobrze wiemy, że życie nie daje nam dokładnie tego, co zamówiliśmy. Czasem daje coś trochę innego, ciekawszego, niespodziewanego. Żyjemy w najbardziej uprzywilejowanej części świata. Oczywiście Polacy mają jeszcze poczucie z przeszłości, że daleko im do bogactwa. A jednak trzeba przyjąć do wiadomości: Europa jako całość jest miejscem szczęśliwości i dobrobytu w porównaniu do 90% reszty świata. Stać nas na świadome kupowanie, gdy mowa o zakupach w sieci. Pamiętajmy, że w naszym żywotnym interesie jest dbanie o to, żeby ciężko przez nas zarobiony pieniądz wrócił do nas, kiedy zostanie przepompowany przez cały krwiobieg, zasilając po drodze wiele innych rodzin, przyczyniając się do zbudowania przedszkola, naprawienia drogi, sfinansowania stypendium. Wybierajmy, kogo wspieramy i gdzie wystrzeliwujemy dobro. Niech nie przepada w czarnej dziurze  rakiety Blue Star Jeffa Bezosa, niech raczej wraca do nas, okrążywszy planety w konstelacji naszej społeczności. Wybierajmy nie tylko portfelem, ale też rozumem, nie zapominając o sercu.
Photo by Tbel Abuseridze on Unsplash

Epilog, czyli CoJaNaTo?

Od początku istnienia wydawnictwa było dla mnie jasne, że interesy robię z ludźmi; że najważniejsze są relacje i troska o społeczny krwiobieg. Kiedy firma wybujała na tyle, że zaczęłam potrzebować logistyki, starannie przyjrzałam się ofertom na rynku, firmom, ich strukturom i działaniu. Głęboko wierzę, że ma znaczenie, czy książkę dla mojego klienta pakuje ktoś, kto pracuje w dobrych warunkach i otrzymuje godne wynagrodzenie, utrzymuje życzliwe relacje ze współpracownikami wspierane przez pracodawcę, ma poczucie sensu i współtworzenia czegoś dobrego. Szukając dla siebie firmy, pojechałam z wizytą do paru, właśnie po to, żeby zobaczyć, dotknąć i poczuć, jakie wartości i relacje tworzą dane miejsce. Widziałam supernowoczesne, w pełni zautomatyzowane centra pełne poruszających się jak roboty pakowaczy, oferujące usługi tanio i pewnie dobrej jakości. Nie miałam jednak poczucia, że są ludzkie. Nie potrafiłam też zidentyfikować, kogo zasilą moje pieniądze, jeśli podejmę z nimi współpracę. Wybrałam firmę bardzo kompetentną, ale też rodzinną (www.imker.pl), z obszaru tak zwanej Polski B, działającą według logiki wspierania krwiobiegu społeczności, począwszy od własnych pracowników. Nie tylko wiem, że książki dla moich czytelników pakuje pani Magda (skrupulatna i serdeczna), wiem także, że robi to z energią życzliwości, która jest dla mnie najważniejszą wartością. Właściciele firmy mają dla mnie konkretne twarze (nie są listą anonimowych akcjonariuszy, którzy bóg raczy wiedzieć, jak użyją moich pieniędzy), konkretne imiona, rodzinę, trudności i sukcesy. Wiem, z czym się borykają i jakie mają pomysły na przyszłość. Są mi w tym sensie bliscy.
Magda z Imker Logistyka pakuje świąteczne przesyłki od CoJaNaTo
Pracuję zdalnie – mieszkam 1500 kilometrów od siedziby firmy, podobnie moi współpracownicy, rozsiani po różnych zakątkach Polski, a nawet świata. Bez internetu i jego komercyjnego wymiaru nie byłabym w stanie realizować moich osobistych marzeń i zawodowych ambicji. Nie dam powiedzieć złego słowa o internecie, mój ci on! Pragnęłabym jedynie, żebyśmy zaczęli na szeroką skalę dostrzegać, że każde nasze działanie w internecie, każda transakcja handlowa na coś wpływa, coś tworzy, kogoś wspiera lub komuś coś odbiera. Chciałabym, żebyśmy widzieli człowieka za każdym przyciskiem „kupuję i płacę”, szczególnie że każdy nasz wybór platformy czy sklepu internetowego jest ważnym wyborem za konkretnym modelem ekonomicznym i społecznym bardzo bliskiego jutra. Upraszczając nieco, ale tylko trochę: zanim klikniesz, pomyśl, czy wolisz finansować kolonialne ambicje guru Matrixa, czy dobrą edukację dla twoich dzieci i wnuków. Autorka artykułu
Blanka Łyszkowska, założycielka i właścicielka wydawnictwa CoJaNaTo