Pimm van Hest: Pomóżmy dzieciom zbudować lepszy świat [wywiad]

Zapraszamy do lektury wywiadu z Pimmem van Hestem, holenderskim autorem książek dla dzieci, m.in. Wszędzie i we wszystkim, książeczki oswajającej z tematem śmierci, która ukazała się nakładem wydawnictwa CoJaNaTo. O byciu ojcem, twórczości, empatii i o tym, jak sprawić, by świat, który będą budować nasze dzieci, był jak najlepszym miejscem.

Zacznijmy od… czytania. Co tobie czytano i co czytałeś, kiedy byłeś dzieckiem? Już jako maluch kochałeś książki czy ta pasja przyszła dopiero później?

W dzieciństwie nie czytałem dużo. Rzadko chodziliśmy do biblioteki, a jeśli już, to zawsze musiałem płacić karę za przetrzymanie książek… których i tak nie kończyłem.

Jednym z moich najwcześniejszych czytelniczych wspomnień jest Charlie i fabryka czekolady Roalda Dahla, magiczna książka, jakby napisana specjalnie dla mnie. Zrobiło na mnie wrażenie to, że Willy Wonka traktował Charliego i inne dzieci z szacunkiem, jak równych sobie. To dla mnie bardzo ważne, by traktować dzieci poważnie bez względu na to, ile mają lat i słuchać tego, co mają do powiedzenia. Można się zachwycić tym, jak postrzegają świat!

Inną książką, która do mnie mocno trafiła, była powieść The Invisible Light duńskiego autora Everta Hartmana. Opowiada o małej dziewczynce, która pewnego dnia odkrywa, że widzi rzeczy, których nie dostrzega nikt inny. Takie historie zawsze mnie fascynowały.

W liceum czytałem tylko obowiązkowe lektury, ale kiedy wyprowadziłem się od rodziców, odkryłem książki na nowo. Zaczęło się od Tajemnej historii Donny Tartt. Pochłonąłem siedemset stron w jeden dzień i już nie przestałem czytać.

Obecnie czytam głównie książki z wątkami psychologicznymi i filozoficznymi, jak Kiedy Nietzsche szlochał Irvina D. Yaloma czy Nocny pociąg do Lizbony Pascala Merciera. Fascynuje mnie, co kieruje ludźmi, jak podejmujemy decyzje. Stąd też moje zainteresowanie psychologią, studia i szkolenie na terapeutę zajmującego się przeżywaniem żałoby.

Śmierć, uchodźstwo, strata, wiara w siebie, cykle życia, akceptacja… To trudne tematy, które niekoniecznie łączą się w sposób oczywisty z literaturą dla dzieci. Dlaczego zdecydowałeś się na taki kierunek? Jaki jest główny cel twojego pisania?

Nie uważam, by tematy, które poruszam, były szczególnie trudne dla dzieci. One są trudne dla rodziców. To dorośli mają problem z rozmawianiem ze swoimi dziećmi, o samych dzieciach nie mówi nam to nic. Kształtujemy młodsze pokolenie, a sami mamy bagaż otrzymany od swoich rodziców… Niełatwo go zauważyć, a jeszcze trudniej go odrzucić. A to moim zdaniem jest obowiązkiem nas, opiekunów, abyśmy mogli wychować pokolenie, które będzie patrzeć na świat w inny, akceptujący sposób.

Wielu rodziców nie chce rozmawiać z dziećmi o śmierci, niemal zawsze z powodu własnych wspomnień i doświadczeń. Unikają więc tematu, nie zabierają dzieci na pogrzeby, nie pozwalają im patrzeć na nieboszczyków. Tymczasem to ogromnie ważne, by dopuścić dzieci do tych kluczowych elementów życia! Tylko jak rozmawiać z dzieckiem o czymś, z czym sami mamy problem?

Tu wkraczają książeczki dla dzieci, które mogą ułatwić taką rozmowę. Piszę więc może nawet bardziej dla rodziców niż dla dzieci. Moja najnowsza książka (Maybe dying is like changing into a butterfly) traktuje właśnie o tym, jak rozpocząć z dzieckiem rozmowę o śmierci.

Dzieci są spontaniczne i otwarte. Mają do powiedzenia rzeczy absolutnie wyjątkowe. Dajmy im więc przestrzeń do otwierania się, pozwólmy się zaskoczyć, poruszyć i zainspirować tym, jak postrzegają świat. Dzieci mogą nam pomóc przełamywać nasze ograniczenia. To jest prawdziwe wyzwanie!

Zawsze podkreślasz, jak ważna jest dla ciebie rodzina – twój mąż i córka. Twoja pierwsza książka, Rosita, traktuje o adopcji. Czy to Moira zainspirowała cię do pisania?

W 2007 roku, kiedy w naszym życiu pojawiła się Moira, pisałem powieść. Jednak procedura adopcyjna uświadomiła mi, że brakuje na rynku książeczek dla młodszych dzieci, które ułatwiałyby rodzicom rozmowę na temat adopcji. Odłożyłem więc pisanie powieści i zająłem się właśnie tym. Gdy skończyłem, Moira była już z nami dwa lata. Pamiętam, jak siedziała mi na kolanach i razem czytaliśmy Rositę na głos – to był dla mnie niesamowicie ważny moment bliskości z najważniejszymi osobami w moim życiu.

Moira rosła i pojawiały się pomysły na kolejne książeczki. Można więc powiedzieć, że była pierwszą i najważniejszą muzą dekady mojego pisania. Jednak teraz ma już 12 lat i przestaje inspirować twórczość dla najmłodszych czytelników. Nowe pomysły rodzą się z tego, co widzę i robię: ze szkolenia na terapeutę specjalizującego się w przeżywaniu żałoby i osobistych doświadczeń. Śmierć, żal, strata, rodzina, wartości, życie, miłość, wszystkie miejsca, w których te rzeczy się łączą. Fakt, że jestem gejem i musiałem znaleźć swoje miejsce w świecie, który nie jest zbyt życzliwie nastawiony do mniejszości. To wszystko kształtuje mnie jako osobę i pisarza.


Pierwsze czytanie Rosity. Pimm van Hest i Moira. Zdjęcie z archiwum autora

Co znaczy dla ciebie bycie ojcem? Co w tym lubisz najbardziej?

Bycie ojcem to bycie przewodnikiem dla innej, samodzielnej osoby, w jej wkraczaniu na własną życiową ścieżkę. Poczucie, że jest się maleńkim kawałeczkiem ogromnej układanki wykraczającej poza czas i przestrzeń. Ogromna, bardzo szeroka odpowiedzialność nie tylko za drugą osobę, ale też za siebie, bo wszystko, co robię – jakie zasady wprowadzam, jakie metody wybieram – stanowi odbicie tego, jak traktuję siebie i innych, jak postrzegam świat. Moira pokazuje mi, dobitniej niż ktokolwiek inny, z czym się zmagam i co najbardziej cenię.

Lubię to, że przy niej wracam myślami do czasów, kiedy sam byłem dzieckiem – wspomnień z przedszkola, podstawówki, niedługo już szkoły średniej… Przy niej zmienia się mój punkt widzenia: jestem rodzicem. Zachwyca mnie, jak Moirę bezgranicznie cieszą najmniejsze elementy życia, w których dorośli nie dostrzegają już piękna. Uwielbiam zabierać ją do kina.

Jak tworzysz swoje bohaterki i bohaterów? Ile w tych małych dziewczynkach jest twojej córki? A może czerpiesz inspiracje z innych osób? Piszesz głównie dla Moiry czy przyświeca ci inny cel?

Moi bohaterowie sami do mnie przychodzą. Przez pierwsze lata pisania moim głównym źródłem inspiracji była Moira, pisałem też jednak o naszych dwóch psach (Splinterze i Zorro) oraz psie, który odszedł ode mnie w 2001 roku (Sjuleke). Mam również na koncie teksty o moim chłopaku, Eduardzie (sprawiającym sobie nowe okulary w I see, I see) oraz nas obu (The Weatherboy). Później zaangażowałem się bardziej w kwestie społeczne, polityczne, etyczne i mocniej emocjonalne, starałem się jednak zawsze tworzyć bohaterów z krwi i kości.

Początkowo pisałem głównie dla Moiry, a później skręciłem w kierunku pisania o takich tematach, których poznanie sprawi, że Moira i inne dzieci wkroczą w swoją przyszłość bardziej pewni siebie, wyposażeni w emocjonalne narzędzia.

Kiedy pracowałyśmy nad wydaniem Wszędzie i we wszystkim, nalegałeś, by nie zmieniać imienia głównej bohaterki. Dlaczego? Czy Yolanda istnieje? Jak się miewa dzisiaj?

Rzeczywiście, Yolanda to prawdziwa osoba, moja bliska przyjaciółka, która straciła mamę, gdy miała 21 lat. Poznaliśmy się niedługo później. Ludzie rzadko pytają swoich przyjaciół o ich bliskich, którzy odeszli. Ja jednak odkryłem, że to bardzo ważne dla mnie i dla Yolandy, żebym choć trochę poznał jej mamę – choć już jej nie było. Dory, mama Yolandy, była i zawsze będzie bardzo ważną częścią Yolandy. By poznać Yolandę, trzeba też poznać jej mamę.

Pewnego dnia Yolanda zapytała, czy nie chciałbym nazwać jakiejś bohaterki jej imieniem. Zgodziłem się, nie miałem jednak jeszcze konkretnego pomysłu. Gdy tylko się pożegnaliśmy, powiedziałem do Eduarda, że chcę opowiedzieć historię Yolandy, małej dziewczynki, która straciła mamę. Chcę opowiedzieć o śmierci tak, jak ja ją widzę, i o tym, jak zatrzymać ludzi, którzy zmarli, żywych w naszych sercach i umysłach.

Od dawna nosiłem się z planem napisania książki o tym, jak rozmawiać z dziećmi o śmierci. To niestety temat dla wielu rodziców trudny, a jeśli już poruszany, to ubierany w metaforę, na przykład że zmarła osoba czy zwierzak jest teraz gwiazdą na niebie. Nie ma w tym nic złego, ale można o tym mówić na wiele innych sposobów. Gdy ktoś, kogo kochamy, umiera, nie znika całkowicie. Tak jak zapach, ciepło promieni słońca czy wiatr – nie widzimy ich, ale są dla nas prawdziwe, bo ich doświadczamy. Chciałem to przekazać w swojej książce.

Yolanda w przyszłym roku skończy 40 lat. Dalej się przyjaźnimy i czasami rozmawiamy o jej mamie. Zawsze, gdy ukazuje się nowa wersja tej książki – na przykład polska – wysyłam jej wiadomość i zdjęcie. Najpiękniejsze jest w tym to, że choć jej mama z powodu choroby nie mogła podróżować po świecie, teraz w postaci książki zwiedza cały świat.

Tytuł Wszędzie i we wszystkim narodził się natomiast, kiedy pisałem ostatnie zdania książki. Opisawszy wszystkie sposoby na odnalezienie zmarłych bliskich, zdałem sobie sprawę, tak jak Yolanda, że jej mama jest wszędzie i we wszystkim.

Obecnie w Polsce wiele jest przejawów ksenofobii i dyskryminacji mniejszości. Zamknęliśmy granice przed uchodźcami, narasta przemoc względem osób o innych kolorach skóry niż biały i orientacjach innych niż heteroseksualna. Niedawno młoda transpłciowa aktywistka popełniła samobójstwo przez presję, społeczną wrogość i skomplikowaną, upokarzającą procedurę korekty płci. Wydawnictwo CoJaNaTo chce się przyczynić do edukowania nowego pokolenia do samodzielnego myślenia, empatii, akceptacji, otwartości i życzliwości. Dlatego tak urzekły nas twoje książki. Czego polskie dzieci się z nich nauczą?

Tak smutno dowiadywać się, że na świecie ciągle jest tyle nienawiści i nietolerancji. Dlaczego, dlaczego tak jest? Nasuwa mi się jedna odpowiedź: bo ludziom brakuje wiedzy i różnorodnych doświadczeń. Nie chcą nic wiedzieć o takich kwestiach i zbyt rzadko się na nie natykają. Gdy nie masz z czymś kontaktu, nie myślisz o tym, nie ma więc bodźca, by przemyśleć swoją opinię czy zakwestionować opinię osób ze swojego otoczenia.

Dlatego tak bardzo ważne jest dla mnie edukowanie i informowanie. Najlepiej zacząć jak najwcześniej, od dzieci, które jeszcze nie są uprzedzone; które chłoną świat taki, jaki jest i nie robi im różnicy kolor skóry, seksualność, piegi, okulary… W historiach, które opowiadam, staram się dać dzieciom (i ich rodzicom) szerszą perspektywę, jeśli chodzi o tematy wrażliwe i trudne. Ponieważ to rodzice czytają te książki dzieciom, są pierwszą i najważniejszą grupą, do której staram się dotrzeć. Chcę wpłynąć na nich, by stali się bardziej otwarci i akceptujący względem swoich dzieci i świata, w którym te dzieci żyją. Do nich więc kieruję swoje książki w pierwszej kolejności.

Chcę nauczyć wszystkich, młodych i starych, żebyśmy stali się bardziej akceptujący i kochający względem wszystkich i wszystkiego w naszym życiu. Żyjemy razem tu, na Ziemi. Wszyscy zmagamy się z tymi samymi problemami i zadajemy sobie podobne pytania. Zamiast więc sprawiać, by innym żyło się trudniej, szukajmy tego, co nas łączy. Bo więcej nas łączy niż dzieli.

Obserwujmy dzieci i uczmy się od nich. Niejednokrotnie cenniejszą lekcję otrzymają dorośli od dzieci niż dzieci od rodziców.

Wielu Polakom, którzy marzą o tym, by w naszym żyło się lepiej, Holandia jawi się jako raj tolerancji i racjonalnego myślenia… A jak ty postrzegasz swój kraj? To dobre miejsce do życia dla ciebie, twojej rodziny i przyjaciół?

Moja odpowiedź będzie bardzo subiektywna. Myślę, że macie sporo racji, bo rzeczywiście Holandia jest bardziej akceptująca i otwarta na mniejszości, jednakże są też osoby mniej tolerancyjne, zazwyczaj z powodu wyznawanej religii. Ich wizja bezpieczeństwa i pogląd, że świat powinien wyglądać w określony sposób są ciągle wystawiane na próbę w tym „nowym świecie”, w którym prawo głosu ma każdy, a nie tylko ci, którzy reprezentują większość lub mają władzę. Nawet w moim kraju sytuacja jest jednak krucha, a nietolerancja napiera ze wszystkich stron. Jedynym sposobem, by z nią walczyć, jest szerzenie wiedzy. Informacja to nasza największa broń.

Dla mnie Holandia to dobre miejsce do życia. Byliśmy pierwszym krajem na świecie, w którym osoby homoseksualne mogły zawierać związki małżeńskie i adoptować dzieci. Nie spotykam się z nieprzyjemnościami z powodu mojej orientacji seksualnej, tego, że jestem w związku z innym mężczyzną i że razem wychowujemy adoptowaną córkę. Wiem jednak, że dużo ludzi dalej ma problem z tym, jak żyję. Trudno mi zrozumieć ich punkt widzenia. Ale próbuję!

Pimm, Moira i Eduard. Zdjęcie z archiwum autora

Gdybyś miał wybrać trzy wartości, których potrzebujemy najbardziej, by uczynić społeczeństwo zdrowszym, jakie by to były?

1. Więcej akceptacji

2. Więcej samokrytycyzmu

3. Mniej egoizmu

Jak we współczesnym świecie uczyć empatii? Czego powinniśmy uczyć dzieci, by zbudowały lepszą przyszłość?

Jest tylko jeden sposób uczenia empatii: przykładem! Traktujmy innych tak, jak chcemy, by nas traktowali, w każdej sytuacji. To główny temat mojej najnowszej książki, której premiera się zbliża: A little compliment with wings. To pełna ciepła i miłości historia o wielkiej mocy małego komplementu. Dobro dane innym do nas wraca.

By budować lepszą przyszłość, dzieci powinny dostać od nas… dorosłych, którzy ukształtują dla nich świat, opierając się na tym, co zobaczą w dzieciach, czyli otwartości i akceptacji, a nie na swoich lękach, ograniczeniach i nietolerancji. My, rodzice, powinniśmy czerpać inspirację z naszych dzieci i traktować je jako przykład, za którym warto podążać. Znajdź w sobie dziecko!

Moira aktywnie wspiera premiery kolejnych książek Pimma. Zdjęcie z archiwum autora

Tematy takie jak śmierć, strata, żałoba są częste w twoich książkach. Dlaczego są dla ciebie tak ważne? Jak pisać (i myśleć, i mówić) o umieraniu bez ideologii i objaśnień czerpanych z religii?

Często stawiamy w centrum szczęście, miłość, radość, jakby poza nimi nie było niczego. A śmierć, strata i żałoba są tak samo potrzebne – dla równowagi. Powinniśmy patrzeć nie tylko na to, co miłe i dobre, ale też na to, co trudne, wymagające wysiłku lub zmiany punktu widzenia. Bo też to, co od nas wymaga, często daje nam największą satysfakcję.

Piszę o śmierci, żałobie i stracie bez ideologii religijnej, ponieważ taki mam światopogląd. Nie jestem religijny – nie pozwalam, by inni decydowali za mnie, jak powinienem myśleć (uważam, że problemem religii jest to, że niektórzy zastępują nią myślenie). Chłonę różnorodne opinie, rzeczy i wartości ze swojego otoczenia. Słucham wszystkiego i wszystkich, szukając prawdy, wiedząc doskonale, że ona również jest tylko moja, subiektywna, a nie uniwersalna. Cenię bycie samokrytycznym. Starajmy się myśleć za siebie – mając świadomość, że nasze idee i wierzenia przyjęliśmy od innych osób.

Twoje książki są szczególne również ze względu na ilustracje, często poetyckie i symboliczne, a nieraz też nieco niepokojące. Jak wygląda współpraca autora z artystą? Jak ci się pracowało z Sassafras de Bruyn i innymi rysownikami?

Kluczowa w pracy nad książeczką dla dzieci jest otwarta, stymulująca współpraca z ilustratorem. Pracowałem z wieloma artystami i zawsze razem zarówno pisaliśmy, jak i pracowaliśmy nad szkicami. Jeśli pisarz i artysta dobrze współpracują, ostateczny efekt ich pracy jest lepszy niż suma ich wysiłków.

Współpraca z Sassafras była świetna. Oboje czuliśmy, że uzupełniamy się, a równocześnie zawieszamy sobie wysoko poprzeczkę. Wiele nas łączyło i mieliśmy poczucie, że historia i ilustracje tworzyły się same.

Dobrze wspominam też współpracę z innymi artystami. Szczególna relacja łączy mnie z Nyanke Talsmą, która ilustrowała pięć z moich książek i pracuje nad kolejną. Jedną z najpopularniejszych moich książek, A tummy full of secrets (ponad pół miliona egzemplarzy sprzedanych w Chinach!), również ilustrowała ona. A bohaterką jest Moira!

Każda taka współpraca miała magiczne momenty. Aron Dijkstra stworzył warstwę wizualną On the run. Razem wzięliśmy udział w prezentacji tej książki w bibliotece w Eindhoven, w której wzięła udział niezwykła Juf Kiet. Znacie słynny film dokumentalny Miss Kiet’s Children? To właśnie o niej – nauczycielce, która otoczyła opieką uchodźcze dzieci w Holandii.

Premiera książki On the run w bibliotece w Eindhoven. Zdjęcie z archiwum autora

Twoje książki są bardzo poetyckie. Składają się z obrazów, nieraz ulotnych, często mocnych i poruszających. Dlaczego wybierasz taką formę do mówienia o tak trudnych kwestiach do najmłodszych czytelników?

Forma sama do mnie przychodzi. Nie zastanawiam się nad nią. Zaczynam pisać i daję się zaskoczyć.

On the run zacząłem pisać pod wpływem zdjęcia Aylana Kurdiego, które zaszokowało cały świat. Na ekranie mojego komputera pojawił się ten tekst. Nie był to typowy tekst do książeczki dla dzieci, ale gdy przeczytał go mój wydawca, razem uznaliśmy, że może uda nam się poruszyć za jego pomocą dzieci i ich rodziców. Wraz z Aronem Dijkstrą odnaleźliśmy odpowiedni styl dla ilustracji, by słowa i obrazy się uzupełniały. Książeczki z poetyckim tekstem są trudniejsze do sprzedania wydawcom i za granicę, ale ku naszemu zaskoczeniu, On the run dość szybko zawędrowało w różne regiony świata, stając się jedną z moich najchętniej tłumaczonych książek. To niesamowite!

Słucham więc swojej intuicji. Myślę, że do młodego czytelnika może dotrzeć każda forma, pod warunkiem, że podchodzi się do niego ze szczerością. Dorośli często uznają, że niektóre tematy nie nadają się dla dzieci. Są jednak wśród uchodźców dzieci młodsze od tych, do których skierowana jest ta książka, więc mogłem i powinienem był napisać książkę o ucieczce przed wojną.

Jakie są twoje literackie cele i plany na najbliższe lata?

Moira rośnie, a ja razem z nią. Widzę, że moje ostatnie książki są skierowane do nieco starszych dzieci niż wcześniejsze. Nie było to celowe, po prostu tak wyszło. Lubię sztukę tworzenia książek dla dzieci i twórczą swobodę. Daje mi to unikatową pozycję w świecie literatury. Cieszę się, że kroczę tą drogą. Chcę tworzyć ilustrowane książki, które trafią do wszystkich, bez względu na wiek. To ciągle książeczki z obrazkami, ale jak super jest móc napisać na okładce „dla czytelnika w każdym wieku”!

Nie mam konkretnych planów na przyszłość. Może kolejne książki dla dzieci, może książka dla dorosłych. Wiem jednak, że jak tylko pojawi mi się w głowie pomysł na książeczkę dla najmłodszych, natychmiast odpalę laptopa. Tworzenie książeczek dla dzieci to jedna z najbardziej magicznych rzeczy, jakie można robić!